"Gdybyśmy tylko mogli zatrzymać to życie przez kolejny dzień,
gdybyśmy tylko mogli cofnąć czas”
Miałam wrażenie, że znalazłam się w
jednych z tych koszmarów, które zaczynają się słodko i błogo, a kończą na
ucieczce. Tak właśnie się czułam, biegnąc przez życie, nie zwracając uwagi na
nic, poza ogarniającą mnie paniką i smutkiem aż w końcu zabrakło mi tchu, żeby
dalej uciekać, musiałam się zatrzymać i nabrać w płuca ożywczego powietrza,
które doda mi sił do dalszej drogi. Jednak
aby przybliżyć wam nieco moją historię, zacznę od samego
początku.
Wszystko rozpoczyna się właśnie tutaj, w niepozornym miasteczku Chanel Frog, które niczym się nie wyróżniało od innych miejscowości, najzwyczajniejsze z najzwyczajniejszych miast: blokowiska, kina, szkoły, puby, nic nadzwyczajnego. Właśnie zakończyła się nasza dwumiesięczna wolność, czyli wakacje, a przede mną ostatni rok nauki w liceum ogólnokształcącym. Choć szkoła, dobrze wyposażona, sprawiała wrażenie, przynajmniej dla mnie, dobrze wyrestaurowanego zamku z epoki średniowiecza. Był właśnie apel porządkowy na dziedzińcu, dwie dziewczyny w ostatniej ławce to ja, Anebel i Nina, dwie papużki nierozłączki. Ubrane na „luzie” z lekką domieszką elegancji i powagi jak na uczennice przystało. Rozłożyłyśmy się na ławeczce i od niechcenia słuchałyśmy przemówienia dyrektora, który jak zawsze uskarżał się na brak subordynacji i szacunku uczniów wobec szkoły, jeszcze tylko parę ogłoszeń i da nam spokój. Po jakimś kwadransie, wszyscy udaliśmy się do klas, a tam Pan Anders zaczął coroczną gadaninę typu: jaki będzie nasz plan zajęć, zmiany jakie zaszły w regulaminie, bla, bla, bla. Na koniec przedstawił nam się Drew, który dochodzi do naszej klasy. Właściwie po za przedstawieniem się nie powiedział kompletnie nic. Dopiero kiedy przebiegałyśmy przez dziedziniec, zatrzymał nas i uciął krótka pogawędkę. Słyszał od kogoś, że w mieście mamy sporo znajomości, więc przyszedł tylko z prośbą wkręcenia się na imprezę do „Star”.
Drew, zastałyśmy siedzącego na murku przed klubem, zagarnęłyśmy go i podeszłyśmy do ochroniarza. Na początku miał wątpliwości, co do Drew, ale potem wpuścił go z lekką niechęcią do środka. Zajęłyśmy miejsca przy barze i na rozmowach z chłopakiem, czekałyśmy, aż impreza nieco się rozkręci. Po jakimś czasie zaproponował nam drinki, zgodziłyśmy się bez wahania. Wypijałyśmy jeden po drugim, łapczywie domagając się więcej. W końcu „ zakazany owoc kusi najbardziej”, niestety, te zacne słowa okazały się prawdą. Po kilku drinkach dostałyśmy dziwnego tiku ze śmiechem, potem przeszło w dziwaczny taniec, a na koniec w gadanie od rzeczy.
Właśnie takie, życie prowadziłyśmy przez okrągły miesiąc. Imprezy, alkohol, a po dłuższym dawaniu sobie spokoju z przestrogami i dawnym „ja” stałyśmy na równi ze zmyślonym wizerunkiem chuliganek. Drew wcale nam nie pomagał, a wręcz obwiniałyśmy go o swoje zachowanie. Chociaż było to kompletną bzdurą, bo to on chodził za nami, a nie my za nim, to on uległ naszemu wpływowi, ale tylko dlatego, że nie powiedziałyśmy mu prawdy. Żadna z nas nie pisnęła nawet słówkiem o zmyślonym imigu, aż do czasu…
Kolejny dzień, który nie różnił się niczym od pozostałych: wagary, impreza, szlaban. Słuchałam właśnie kolejnego kazania rodziców, gdy nagle krzyki przerwał dudniący odgłos dzwoniącego telefonu . Jako, że stałam najbliżej, odebrałam, a przez słuchawkę dobył się szloch Niny, która prosiła o spotkanie na skrzyżowaniu przy Long Street.
Nie zwracając
uwagi na rodziców, ich krzyki i nawoływania wybiegłam z domu, i łapiąc pierwszą
lepszą taksówkę dostałam się w umówione miejsce. Cały obręb skrzyżowania był
zastawiony pojazdami policyjnymi oraz paroma innymi samochodami. Wysiadłam z
taksówki i przedostając się przez krąg aut stanęłam w świetle ulicznej latarni.
Patrzyłam teraz na zmasakrowany wóz mamy Niny. Cały powyginany, obdrapany
wyglądał jakby zrzucono go z urwiska.
Obok niego na rozłożonych noszach leżała
mama Niny, przy której kręciło się paru lekarzy próbując reanimować kobietę.
Patrzyłam na to z lekkim zdziwieniem, bo pani Eleonor zazwyczaj prowadziła
bardzo ostrożnie. Rozejrzałam się po pobojowisku i dostrzegłam moją
przyjaciółkę owinięta w koc, skuloną i jakby nieobecną, pogrążoną w myślach.
Twarz przejawiała wyraz bólu, cierpienia, a oczy wydawały się puste, bez
emocji. Powoli podeszłam do niej i siadając obok, mocno przytuliłam.
Sterczałyśmy tak bez ruchu dłuższą chwilę, aż podszedł do nas jeden z lekarzy
pokręcił głową i powiedział „Nie udało się”.
To zdarzenie, parę sekund nieuwagi, chwila roztargnienia i zdradziecka maszyna odebrały mi przyjaciółkę, może nie dosłownie, ale i tak nie była sobą, już nigdy. Następnego dnia w sobotę poszłam do niej, jak zwykle w weekend, ale to co zastałam i to co mi powiedziała wcale mnie nie pocieszyło, nie ułatwiło sprawy, tylko jeszcze bardziej utrudniło, może nawet przestraszyło. Weszłam do domu. Jak zwykle ojca Niny nie było, pracował, może nawet zbyt ciężko, nie miał czasu dla rodziny, ale wszyscy się kochali, byli szczęśliwi. Nina siedziała na swoim łóżku i beznamiętnie wpatrywała w okno. Widać, że ogarniał ją smutek i co najgorsze wyglądała na zmęczoną, oczy miała podkrążone od płaczu i bezsenności. Siedziałyśmy tak około godziny, gdy nagle odezwała się:
To zdarzenie, parę sekund nieuwagi, chwila roztargnienia i zdradziecka maszyna odebrały mi przyjaciółkę, może nie dosłownie, ale i tak nie była sobą, już nigdy. Następnego dnia w sobotę poszłam do niej, jak zwykle w weekend, ale to co zastałam i to co mi powiedziała wcale mnie nie pocieszyło, nie ułatwiło sprawy, tylko jeszcze bardziej utrudniło, może nawet przestraszyło. Weszłam do domu. Jak zwykle ojca Niny nie było, pracował, może nawet zbyt ciężko, nie miał czasu dla rodziny, ale wszyscy się kochali, byli szczęśliwi. Nina siedziała na swoim łóżku i beznamiętnie wpatrywała w okno. Widać, że ogarniał ją smutek i co najgorsze wyglądała na zmęczoną, oczy miała podkrążone od płaczu i bezsenności. Siedziałyśmy tak około godziny, gdy nagle odezwała się:
- Nie musisz tu
siedzieć, poradzę sobie sama. Dzisiaj sobota, zabaw się. Drew na pewno się
ucieszy, przecież wiesz jak cię lubi. Zostaw mnie, chcę zostać sama, musze
wszystko przemyśleć, poukładać. To nie takie proste… będę..- rozpłakała się.-
trudno będzie się przyzwyczaić do życia tylko z tatą. Będę, będziemy za nią
tęsknili.
- Wiem, ale zobaczysz
wszystko z czasem się ułoży kiedy zrozumiesz, kiedy będziesz w stanie wybaczyć- odpowiedziałam, a
ona tylko wdzięcznie się do mnie przytuliła.- Ok., dosyć tego, zobacz, jaka
piękna pogoda, chodźmy się przejść albo może obejrzyjmy coś! Wiem! Chodźmy do
kina i na pizzę!- uśmiechnęła się blado, ale wstała posłusznie i zaraz potem
szłyśmy już ulicą w kierunku kina.
Wszystko było już w porządku, potrafiłam przez te dwa dni utrzymać ją na tyle w dobrym stanie, aby rozmawiać dość często, wykrzesać trochę życia z tej zranionej duszyczki, przywrócić uśmiech, delikatny, słaby, blady, ale jednak uśmiech. Wiedziałam, że jeżeli nie będzie przy niej nikogo, nikt jej nie będzie wspierał, zasmuci się na dobre i wtedy ciężej będzie jej wziąć się w garść. Rozmowa to lek na wszystko, wiec rozmawiałyśmy o wszystkim, dosłownie wszystkim. O tym, jak się czuje po śmierci matki, jak serce kołacze jej w piersi, gdy o niej pomyśli, jak obudziła się w nocy zlana potem po koszmarze, o tym, że czuje się ciągle zmęczona. Potem razem śmiałyśmy się przy wspomnieniach o pani Eleonor, o tym jak piekła dla nas ciasteczka, jak zaczynała opowieści o swojej młodości, jak śmiała się z nas, gdy dostawałyśmy głupawi, aż w końcu jej samej udzielał się nasz nastrój. Obie nie wiedzieć kiedy zasnęłyśmy, ale pamiętam, że następnego dnia obudziłam się zadowolona z siebie, usatysfakcjonowana, że potrafiłam jej pomóc. To nie było nic takiego w porównaniu ze schodami jakie napotkały nas w szkole.
Wszystko było już w porządku, potrafiłam przez te dwa dni utrzymać ją na tyle w dobrym stanie, aby rozmawiać dość często, wykrzesać trochę życia z tej zranionej duszyczki, przywrócić uśmiech, delikatny, słaby, blady, ale jednak uśmiech. Wiedziałam, że jeżeli nie będzie przy niej nikogo, nikt jej nie będzie wspierał, zasmuci się na dobre i wtedy ciężej będzie jej wziąć się w garść. Rozmowa to lek na wszystko, wiec rozmawiałyśmy o wszystkim, dosłownie wszystkim. O tym, jak się czuje po śmierci matki, jak serce kołacze jej w piersi, gdy o niej pomyśli, jak obudziła się w nocy zlana potem po koszmarze, o tym, że czuje się ciągle zmęczona. Potem razem śmiałyśmy się przy wspomnieniach o pani Eleonor, o tym jak piekła dla nas ciasteczka, jak zaczynała opowieści o swojej młodości, jak śmiała się z nas, gdy dostawałyśmy głupawi, aż w końcu jej samej udzielał się nasz nastrój. Obie nie wiedzieć kiedy zasnęłyśmy, ale pamiętam, że następnego dnia obudziłam się zadowolona z siebie, usatysfakcjonowana, że potrafiłam jej pomóc. To nie było nic takiego w porównaniu ze schodami jakie napotkały nas w szkole.
Rozumiem, że byłyśmy niemiłe, zadufane i wywyższałyśmy się, ale raczej większość nas lubiła, okazało się zupełnie inaczej. W tamtym dniu czułam się tak poniżona jak nigdy dotąd. Chociaż śmiechy i komentarze nie dotyczyły mnie, czułam się tak samo okropnie jak Nina, jakbym szła i szła, a końca drogi nie było widać. Z każda przerwą była wyśmiewana, brukana, a ja nie potrafiłam ich wszystkich powstrzymać. Głównym powodem był jej płacz, słabość, jaką okazała po śmierci matki. Osobiście nie rozumiałam ich zachowania, bo jak można śmiać się z czyjegoś nieszczęścia, jak można komuś sprawiać jeszcze większy ból, jak można kopać już leżącego i cierpiącego człowieka. Wtedy coś mnie olśniło. Przecież same do tej pory tak robiłyśmy, byłyśmy bezwzględne, bezlitosne, za nic miałyśmy uczucia i krzywdy innych, oczywiście tylko na pokaz. Teraz zrozumiałam, jak im wszystkim musiało być ciężko. Pierwszego dnia Nina tylko lekko popłakiwała, ale z dnia na dzień było coraz gorzej i nawet mi był ciężko do niej dotrzeć. Widziałam, jak codziennie już przy bramie szkolnej zasłaniała brzuch rękami i masowała go delikatnie. Po jej twarzy przechodził cień strachu, lęku, oddech znacznie przyspieszał, dłonie wilgotniały, a śliny napływającej do ust było zbyt dużo. Codziennie ją odwiedzałam, wyciągałam na spacery, lekcje odrabiałyśmy razem, ale ciężko było ja zmusić do intensywnego myślenia, cały czas była tylko na pół obecna, bo zazwyczaj myślami wędrowała daleko, nie zwracając nawet najmniejszej uwagi na moje nawoływania i szturchnięcia, zazwyczaj dawałam jej wtedy spokój, a gdy jej oczy wracały do normalności, znów zaczynałam ją męczyć.
Nagle zły czar prysł, wszystko jakby odpłynęło gdzieś daleko i poszło w zapomnienie, przynajmniej maska, jaką Nina przykleiła sobie do twarzy tak mówiła. Chyba przyzwyczaiła się do zaistniałej sytuacji, bo nie zaczynała drżeć, gdy tylko ktoś zaczynał się z niej naśmiewać. Nadal nie było jak dawniej, ale wątpiła, aby kiedyś było tak samo. Czasami mówiła mi o swoich koszmarach, natrętnych myślach, których nie była w stanie odrzucić, ale gdy tylko zdawała sobie sprawę z tego co powiedziała, milkła. Namawiałam ja na pójście chociaż na miesięczną sesję do psychologa, a na pewno jej to pomoże, ale odmawiał kategorycznie. Zdarzyło się, że wpadała w panikę, zaczynała płakać i kulić się jak niemowlę. Wspominałam o tym nawet jej tacie, ale on był zbyt zajęty pracą, aby przyjrzeć się swojej poranionej córce.
Pewnego dnia wszystko diametralnie się zmieniło, a raczej skończyło, bo gdy obudziłam się rano i podeszłam pod dom Niny, zastałam tylko tabliczkę z napisem „Na sprzedaż”. Tępo wpatrywałam się w te dwa słowa, jakby nie mogąc przypomnieć sobie ich znaczenia. Opuściła mnie nawet nie żegnając. Czyżbym stała się jej obojętna? Na szczęście Drew okazał się bardziej lojalny, wyrozumiały, niż z pozoru mogłoby się wydawać. Przez cały ten okres mojego letargu i żalu po odejściu przyjaciółki wspierał mnie i pomagał zachować twarz. Z tego czasu pamiętam tyle, że bardzo zaprzyjaźniłam się z Drew, nasze więzy się zacisnęły i chociaż nie był Niną akceptowałam go jako główne, a teraz już jedyne towarzystwo. Życie było jak wirująca pralka-pokręcone.
Nie wiem ile czasu minęło: tydzień, dwa, miesiąc, odkąd nie widziałam Niny. W głębi serca czułam, że coś jest nie tak. I jak zawsze miałam rację, ale w tej chwili chciałam się pomylić, nie chciałam mieć racji. W którąś sobotę, może trzecią, może czwartą, nie wiem, straciłam rachubę czasu, siedząc na sofie w salonie, tłumacząc Drew różnicę między kolorem różowym, a koralowym, usłyszałam dźwięk dzwoniącego telefonu. Wstałam i podbiegłam do aparatu, a gdy usłyszałam głos pana Rossa, ojca Niny zamarłam w miejscu, krew odpłynęła mi z twarzy, blednąc.
- Anabel, miałaś
rację Nina powinna chodzić na sesje, do lekarza, gdziekolwiek..- urwał na
chwilę, czekając na radość, którą zawsze okazywałam gdy miałam rację, ale nic
się nie wydarzyło, więc ciągnął dalej.- Nina, ona.. ona.. ona jest w Hospicjum
Psychiatrycznym.
Nie wiem jak
długo tam stałam, dziesięć, dwadzieścia sekund zanim pobiegłam na górę, aby się
spakować do wyjazdu.
Szłam jakimś blado pomalowanym korytarzem hospicjum, jeżeli te białe i zimne kolory zamiast radosnych mają pomóc osobom chorującym na depresję, to osobiście nie byłam tego taka pewna. Pielęgniarka wprowadziła mnie do jednego z pokoi na piętrze z napisem 12B. Lekko uchyliłam drzwi, a moja szczęka mimowolnie opadłą na widok przyjaciółki. Siedziała w zupełnym mroku, skulona w rogu łóżka, wychudła, spocona, pobladła na twarzy, która wydawał się nie mieć żadnego wyrazu. Próbowałam ją zagadnąć, zapytać o wszystko, co przeżyła po wyjeździe z Chanel Frog, ale była zupełnie głucha na moje staranie. Czasami tylko szepnęła jakieś słówko i tak mało wyraźne, ale poza tym ciągle była pogrążona w myślach. Około godziny 15.00 przyszła do niej z lekami ta sama pielęgniarka, która mnie tu przyprowadziła. Sam wygląd kobiety był przekonujący, wydawała się być naprawdę przejęta. Nie wiedziałam jak długo tu zostanę, ale wiedziałam, że nie opuszczę Niny, raz już to zrobiłam i mam teraz wyzuty sumienia. Nie powtórzę tego błędu. Co to, to nie.
Szłam jakimś blado pomalowanym korytarzem hospicjum, jeżeli te białe i zimne kolory zamiast radosnych mają pomóc osobom chorującym na depresję, to osobiście nie byłam tego taka pewna. Pielęgniarka wprowadziła mnie do jednego z pokoi na piętrze z napisem 12B. Lekko uchyliłam drzwi, a moja szczęka mimowolnie opadłą na widok przyjaciółki. Siedziała w zupełnym mroku, skulona w rogu łóżka, wychudła, spocona, pobladła na twarzy, która wydawał się nie mieć żadnego wyrazu. Próbowałam ją zagadnąć, zapytać o wszystko, co przeżyła po wyjeździe z Chanel Frog, ale była zupełnie głucha na moje staranie. Czasami tylko szepnęła jakieś słówko i tak mało wyraźne, ale poza tym ciągle była pogrążona w myślach. Około godziny 15.00 przyszła do niej z lekami ta sama pielęgniarka, która mnie tu przyprowadziła. Sam wygląd kobiety był przekonujący, wydawała się być naprawdę przejęta. Nie wiedziałam jak długo tu zostanę, ale wiedziałam, że nie opuszczę Niny, raz już to zrobiłam i mam teraz wyzuty sumienia. Nie powtórzę tego błędu. Co to, to nie.
Jestem u Niny codziennie i z dnia na dzień widzę jak się zmienia, niestety, nie na dobre. Widzę jak ogarnia ja kolejna fala mdłości i lęku, a gdy patrzyłam na rany po samookaleczeniu robiło mi się ciężej na sercu. Trudno było przyglądać się cierpieniu kogoś tak bliskiego, ale starałam się, jak mogłam. Któregoś dnia dyrektor hospicjum, psychiatra, powiedział, że tradycyjne leczenie lekami i światłem nie pomaga i zapewne nie pomorze, leczenie litem jest zbyt długie i trzeba czasu, aby przyniosło efekty, krótko mówiąc dla Niny nie ma tutaj sposobu na leczenie, ponieważ same składki i utrzymywanie jej przy życiu, leki, drogo kosztowały, a panu Rossowi brakowało pieniędzy. Lekarz powiedział że Nina jest w zbyt ciężkim stadium, a objawia to nasilenie się jej bezsilności, spowolnienie ruchowe czy też otępienie. Najlepszym sposobem na leczenie będą elektrowstrząsy. Problem polega na tym, że szpital nie posiada funduszy na zakupienie maszyny oraz wynajęcie specjalistów. Właśnie to stało się moim priorytetem, pomoc.
Od tej pory robiłam wszystko aby zebrać choć trochę pieniędzy na zakup maszyny i opłacanie specjalistów. Szukałam sponsorów, ale nie było to tak łatwe, jak myślałam. Wysyłanie listów do firm z prośbą o fundusze, do organizacji pomocniczych, stacji telewizyjnych, radia, chodzenie na spotkania i to oczekiwanie w napięciu były ciężkie do zniesienia.. Sama łapałam się każdej możliwej pracy, a zarobki skrupulatnie odkładałam. Przychodziły momenty, kiedy czekałam na odpowiedzi, a one nie zawierały pozytywnego komentarza, wtedy nadchodziła fala strachu, że nie zdążę, że jej nie pomogę. Z każdym dniem Nina coraz bardziej stawała się otępiała, głucha, nieobecna, a lekarze nie mogli nic zrobić. Naszą jedyną nadzieją była wiara. Wiara, że na tym świecie są jeszcze dobrzy ludzie, którym życie innych nie jest wcale obojętne. Powoli zbliżałam się do tych 250 tys. , które były nam potrzebne. Czasami środki były ogromne, najczęściej oddawane przez szczodre fundacje zdrowia lub stacje telewizyjne. Małe kroczki to były moje zarobki z drobnych przysług, zarobki moich rodziców, którzy teraz bardzo mnie wspierali. Po tygodniu Nina już w ogóle nie kontaktowała, nie reagowała, więc lekarze stosowali dokarmianie dożylne. Często widywałam u niej nowe okaleczenia, jeszcze czerwone, a inne blade, lekko zagojone. Teraz trzeba było naprawdę uważać na wszystko, na gesty, słowa, nic nie ułatwiało sytuacji. Jej stan zdrowia coraz bardziej się pogarszał, a funduszy wciąż brakowało.
Pewnego dnia sytuacja stała się niebezpieczna, całkowicie bezsensowna. Nina nie dopuszczała do siebie nikogo poza pielęgniarką z lekami. Kiedy tylko otwierałam drzwi, zaczynała piszczeć, jakby podczas ataku naprawdę poważanego strachu. I rzeczywiście tak było, to był strach, ale nie przed nami.
Kiedy byliśmy bardzo blisko kupna sprzętu, lekarze obmyślili dokładny sposób leczenia, sponsorzy stawali się naprawdę hojni i ugodowi, Nina całkiem oszalała. Doszło do granic wytrzymałości, do granic depresji, które prowadzą tylko i wyłącznie do samobójstwa lub śmierci z wycieńczenia. I tak właśnie było, nie wiadomo kiedy stałam przy szybie obserwacyjnej w szpitalu i spoglądałam na blondynkę pogrążoną w śpiączce. Nina bała się śmierci, a jednak przełamała się i spróbowała samobójstwa. Plan był prosty, zdobyć jak najwięcej tabletek, wziąć je wszystkie razem, zasnąć i nigdy się nie obudzić.
Rzeczywiście prawie jej się to udało. Mówiąc „prawie” mam na myśli to, że tym razem w życiu naprawdę coś mi się udało. Niczego nie zepsułam, co w moim przypadku było nie lada osiągnięciem. Nina, żyła! Dzięki zebranym funduszom leczyła się powoli w hospicjum w Hiszpanii, a jej stan polepszał się coraz bardziej. Przez próbę samobójstwa zrozumiała śmierć matki, wybaczyła i co najważniejsze uwiadomiła sobie samej, że chce żyć. A ja? Cóż, niecierpliwie czekam na jej powrót, abyśmy razem mogły zacząć kolejny rozdział naszego życia.
Witam,
na umilenie czasu wstawiłam wam jedna z moich prac konkursowych. Tematem było jak pomóc osobie chorej, jak ją wspierać, i co możemy dla niej zrobić. Mam nadzieje, że się wam podoba.
Omnomnom MEGA *__*
OdpowiedzUsuńI to mi się podoba ;.>
I like it.
uwielbiam twoje dzieła.
I CHCE WIECEJ ;D
Pozdarwiam Bella♥
http://imaginy-one-direction-polska.blogspot.com
Dziękuję <3
UsuńTen komentarz został usunięty przez administratora bloga.
OdpowiedzUsuń